Czyszcząca moc uryny

W czasach poprzedzających narodziny pralki nawet w jej najbardziej prymitywnej formie, czynność prania była zajęciem niespecjalnie lubianym. W średniowiecznej wiosce gospodynie prały kilka razy do roku a zamożniejsi mieszczanie i szlachta korzystali z praczek. Zarobione po pachy kobiety moczyły tkaniny w wodzie z mydłem, ługiem lub w odstałym moczu.

Żadna praca nie hańbi

Usuwanie brudu przy zastosowaniu uryny znane było jeszcze przed średniowieczem. Folusznicy, którzy odpowiadali za wyrób materiałów wełnianych i usuwanie z nich plam (tłustych lub pozostałości kleju) zbijali swoje fortuny nie bacząc na okoliczności towarzyszące wykonywanej pracy. Mocz pełnił w ich zakładach rolę niebagatelną. Proces folowania z czasem został zmechanizowany, ale prekursorzy byli zmuszeni zaangażować do pracy swoje ręce i nogi. W starożytności czy nawet w średniowieczu warunki, w jakich wykonywano tę profesję niejednego by zniechęciły. Ktoś jednak musiał wykonać „brudną robotę”, bo istniało zapotrzebowanie na sukna a praca ta niewdzięczna w naturze swojej była dobrze wynagradzana.

Śmierdzący interes

Folowanie to m.in. proces oczyszczania materiałów wełnianych z tłuszczu i kleju tkackiego. I w tym miejscu w historii rzemiosła pojawia się uryna. Urabianie wełny było zajęciem żmudnym. Spilśniona (zbita w twardą masę), zanim stała się miękka wymagała długiego ugniatania m.in. ugniatania stopami… w moczu. Jeśli sukno było duże to folusznikowi zajmowało to przynajmniej kilka godzin. Łatwo się domyślić, że pracuś sam nie był w stanie wyprodukować takiej ilości płynu by nasycić zapotrzebowanie prowadzonego zakładu. Co robił? Prosił o wsparcie innych. Niektóre źródła podają, że w starożytnym Rzymie mocz dostarczali przechodnie, którzy oddawali go do wystawionych na zewnątrz zakładu naczyń (amfor o ściętych szyjkach). W średniowieczu folusznicy mieli zbierać „złoty” płyn pukając do domów. Z czasem technologia czyszczenia rozwinęła się a stare techniki odeszły w niepamięć. Na usta ciśnie się jednak pytanie, dlaczego wśród bogactwa płynów akurat mocz cieszył się taką popularnością w branży?

Co więcej w wiekach późniejszych receptura z moczem w roli głównej była nadal popularna a płukanie ubrań w „złotym środku” przez wiele lat było normą.

Wszystko przez amoniak

Podczas rozkładu białek i aminokwasów w organizmach niektórych zwierząt, w tym u człowieka, powstaje amoniak. I to w nim tkwi cała tajemnica przemysłu foluszniczego. Amoniak m.in. czyści tłuszcze, pleśń, różnego rodzaju naloty i plamy i do dnia dzisiejszego ma szerokie zastosowanie wśród gospodyń domowych np. w postaci wody amoniakalnej. Aby mogło dojść do przemian białkowych, wskutek których powstaje amoniak w przewodzie pokarmowym musi znajdować się flora bakteryjna, która odpowiada za prawidłowy przebieg procesu gnilnego.

Historia nazwy skądinąd zasługuje na krótką notatkę. Źródła podają, że pierwszy jego związek powstał z odchodów wielbłąda niedaleko świątyni Amona w starożytnym Egipcie w 332 r. p.n.e. Oryginalny sposób na nadanie nazwy.

Mocz z mocznika

Mocznik, który wydalamy wraz z moczem to końcowy produkt przemiany białek. Dziś ma szerokie zastosowanie w przemyśle, ale do pierwszej połowy XIX wieku jedyną fabryką mocznika były organizmy zwierzęce, w tym człowiek. Powstaje w wątrobie jako synteza amoniaku i dwutlenku węgla. Stąd obecność amoniaku w „złotym środku”, dzięki któremu wieki temu folusznicy zbijali swoje fortuny.

Pecunia non olet

Słynne „Pecunia non olet”, czyli pieniądze nie śmierdzą swoją genezą sięga czasów cesarza Wespazjana. Słowa te wypowiedział rzekomo w 70 r n.e. (według jednej z dwóch wersji) po nałożeniu na foluszników podatku.

Na przestrzeni wieków zakłady folusznicze rozwijały się, ale dziś daremno szukać tych działających. W Polsce znajduje się kilka nieczynnych, czekających na ich odkrywanie przez turystów.